Wypad w Tatry

trenerzy biegania Kamila i Emil Dobrowolscy - wyjazd Zakopane Tatry

Po maratonie w Poznaniu, trochę spontanicznie, stwierdziliśmy, że jedziemy w Tatry. W sumie to się ucieszyłam bo nie byłam tam ani razu 😉

W poniedziałek z rana poszłam na krótkie rozbieganie po Poznaniu, a dokładnie po parku Cytadela ( swoją drogą bardzo ładne miejsce). 12 km szybko zleciało, wróciłam do hotelu, Emil jeszcze spał. Chwilka rozciągania, prysznic i udaliśmy się na śniadanie. Tak na marginesie to mogłam w końcu zjeść coś konkretniejszego na śniadanie niż bułeczki z dżemem 😀

Dobra, ale do rzeczy – wyruszyliśmy. Droga nawet w miarę pusta. Jedynym minusem jest to, że na autostradzie nie ma porządnych knajpek, więc obiad zjedliśmy w ekskluzywnej restauracji o nazwie KFC… Krótka przerwa i dalej w drogę. Po kilku godzinach dotarliśmy do Białki Tatrzańskiej. Tak, do Białki nie do Zakopanego, gdyż znaleźliśmy na grouponie całkiem fajną ofertę w Pensjonacie Novobilskim – swoją drogą możemy polecić Wam ten ośrodek. Bardzo przytulny, czysty. Miła obsługa i bardzo pyszne jedzenie.

Morskie Oko i okolice

We wtorek rano pobudka koło 7, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy na pierwszą wycieczkę. Kierunek Morskie Oko. Dotarliśmy na parking (25 zł cały dzień) i ku mojemu zdziwieniu połowa miejsc była już zajęta. Wysiedliśmy z samochodu ubraliśmy czapki i rękawiczki, bo nie było za ciepło i ruszyliśmy… Nie inaczej jak biegiem. Fakt Emil miał jeszcze nogi obolale bo maratonie, ale nie biegliśmy szybko, a i tak mijaliśmy sporo ludzi, a nawet dorożki 🙂 Po 8 km asfaltowej drogi pod górę w końcu ukazało nam się Morskie Oko. Cudowny widok na góry i przezroczystą wodę. Zrobiliśmy kilka fotek. Popatrzyliśmy, a raczej ja na pary, które miały sesję ślubną i pobiegliśmy lewą stroną jeziorka w kierunku Czarnego Stawu pod Rysami. Droga prowadziła kamieniami w górę, namarudziłam się jak dziecko, że kamienie nierówne, krzywo poukładane i śliskie 😀 Ale jak już weszłam to zamilklam. Oprócz stawu, zobaczyłam Morskie Oko i otaczające je góry. Krótka przerwa i trzeba zejść, znowu po tych kamieniach…

Szpiglasowy Wierch i zmiana planów

Po zejściu, tym razem poszliśmy drugą stroną Morskiego i udaliśmy się żółtym szlakiem na Szpiglasowy Wierch. Wspinaliśmy się 2 godziny, aby wejść na szczyt, ale było warto. Co prawda końcówka nie była dla mnie najłatwiejsza,  ale widoki wszystko wynagradzają. Można siedzieć na szczycie i wszędzie dookoła oglądać góry. W planach mieliśmy zaplanowane udać się do Doliny Pięciu Stawów, jednak zejście znajduje się od północnej strony i kawałkami było oblodzone, bez raków niestety nie dało się zejść. Więc schodzimy tą samą drogą po tych KAMIENIACH, które miałam przeklęte, ze względu na lekki ból w kolanie. Zeszliśmy do Morskiego i teraz w dół do samochodu. Chcieliśmy biec, ale nogi były jakieś takie dziwne, czułam się jakbym nie panowała nad nimi 🙂 Jakoś doturlaliśmy się do parkingu, zerkam na zegarek a tam na liczniku ponad 30 km!!! (Pomyślałam, że zaprawę na maraton chyba już zrobiłam 😉 )

Wróciliśmy do hotelu, zjedliśmy kolację i udaliśmy do Term Bania, które znajdowały się 100m od naszego pensjonatu. Spędziliśmy tam koło półtorej godziny. Jeżeli chodzi o sam basen to wszystko było ok. Ciepła woda, bąbelki, bicze wodne, jacuzzi, zjeżdżalnie, sztuczne fale i w ogóle fajnie to wszystko wyglądało. To co nam się nie podobało to dziwny układ przebieralni i szafek (na oddzielnych piętrach) no i suszarki czy prysznice, które wyłączały się po zaledwie 10 sekundach… Po powrocie poszliśmy spać, padliśmy jak muchy 😀

Zakwasy i aktywny odpoczynek od gór

Następnego dnia nie mogłam wstać z łóżka, wszędzie miałam zakwasy, a największe na tyłku 🙂 Nie zostało nam nic innego jak wyjść potruchtać. Wybraliśmy drogę pod reglami, jednak nie jest tam tak fajnie jak Szklarskiej. Jest ona bardziej nierówna, miejscami trzeba przejść do marszu, gdyż leży sporo kamieni. Biegając natrafiliśmy na szlak, który prowadzi do Jaskini Dziura. Nie zastanawialiśmy się i pobiegliśmy. Na końcu drogi znajduje się otwór w skale do którego można wejść, a tam z kolei widać, że nie ma sufitu i jest dziura, stąd ta nazwa 🙂 Powrót do samochodu i to był koniec treningu. Po południu wybraliśmy się na spacer po Krupówkach i sklepach z pamiątkami, z tym , że nie wiedzieliśmy co kupić, wszędzie jest to samo! (jeżeli znacie jakieś sklepy z fajnymi pamiątkami to dajcie znać, będę wiedziała, gdzie udać się następnym razem).

Kasprowy

Planowaliśmy zostać do czwartku, jednak przesunęliśmy pobyt o jeden dzień i następnego dnia rano udaliśmy się na Kasprowy. Emil twierdził, że był tu kilka lat temu i pamięta fajną trasę, bardziej łagodną. W rzeczywistości trasa okazała się kamienista od początku do końca. Możecie sobie wyobrazić moją minę 😉 No cóż, jak już idziemy to idziemy. Nogi obolałe, po drodze żałowałam, że nie wyjechałam kolejką – taki ze mnie mięczak 😀 Ale dotarliśmy, widok na miasto, okolice i góry cudowny!  Mieliśmy jeszcze udać się na Giewont, jednak nie chciałam obciążać już kolana i zeszliśmy z Kasprowego przez przełęcz Liliowe w stronę Kuźnic, zahaczając po drodze Nosal. I to był dobry wybór. Wejście nie jest trudne, trochę gorzej z zejściem, ale mimo wszystko warto tam się udać. Widać z niego Giewont, miasto i okolice, a nawet stadion lekkoatletyczny. Jeżeli będziecie w Zakopanem to koniecznie tam zajrzyjcie, z Kuźnic w tą i z powrotem to około 3km.

Powrót

Na sam koniec, wyjeżdżając w piątek zahaczyliśmy (niedaleko położone, bo zaledwie kilkanaście kilometrów od Białki) jezioro Czorsztyńskie, a dokładnie zaporę z której rozciąga się widok na góry i dwa zamki: Niedzica i Czorsztyn.

Podsumowując: pogoda nam dopisała, świetnie razem spędziliśmy czas, troszeczkę odpoczęliśmy i na pewno tu jeszcze wrócimy!

Polska to piękny kraj, a powiedzenie “cudze chwalicie swego nie znacie” sprawdza się w 100%.

Buziaki