Relacja Poznań Maraton 2019

O ile do 2015 roku mniej więcej wiedziałem na co mnie stać, to maratony po operacji były dla mnie niewiadomą. Pierwszy start w 2017 mógł nie wyjść, ale dwa kolejne mimo dobrych według mnie przygotowań też były klapą. Szykując się do tego maratonu byłem dobrej myśli, przygotowania szły dobrze, zdrowie w miarę dopisywało. Ale w tyle głowy miałem trzy poprzednie podejścia powyżej 2:20. Do trzech razy sztuka nie zadziałało, ale za czwartym razem nie mogłem po raz kolejny dać ciała.

Te przygotowania były trochę inne, bo od maratonu w Warszawie wiosną tego roku rozpisuje sobie plany sam. Zrezygnowałem ze współpracy z trenerem Markiem Jakubowskim nie dlatego, że nie szło, tylko chciałem spróbować swoich sił jako trener na własnym ciele. Nie zrobiłem rewolucji w  treningu, raczej kosmetyka: inny kilometraż, inaczej poukładane treningi, trochę mniej startów itp. Nie uważam też, że wyszło lepiej tylko dzięki tym zmianom. Przez 10 lat pod okiem trenera z ambitnego amatora wskoczyłem do krajowej czołówki. Ten trening, który robiliśmy wcześniej mógł oddać właśnie teraz. Dopiero na wiosnę pewnie przekonam się jaki jest efekt moich działań.

Przed startem

Do Poznania pojechałem w sobotę rano. Po dotarciu na miejsce zjedliśmy obiad, a o 13 mieliśmy zaplanowaną odprawę techniczną dla elity. Odbiór numerów, omówienie trasy, punkty z napojami własnymi, gdzie i kiedy mamy być, żeby było dobrze 🙂 Po odprawie zameldowałem się w pokoju, krótka drzemka i zacząłem ogarniać rzeczy na maraton, żeby nie siedzieć późno wieczorem. Na 18 byłem zaproszony na spotkanie przyjaciół Poznań Maraton z podsumowaniem 20-letniej historii biegu. W końcu przez ten czas miałem startować po raz szósty. Raczej nie zabawiłem długo, w końcu byłem jedyną osobą, która miała walczyć kolejnego dnia o czołowe miejsca. Kolacja, oddanie własnych napojów, pakowanie i do spania. Raczej się wyspałem, mimo, że mieszkaliśmy przy głównej ulicy i w pokoju było słychać wszystkie samochody.

Najgorsza była pobudka przed 6.00, w końcu nie zawsze udaje mi się wstać przed 8. Ale czego się nie robi dla maratonu 🙂 Śniadanie,  ogarnąć się i zaraz trzeba było wychodzić na rozgrzewkę. Daleko nie miałem, start był jakieś 200m od hotelu. W męskiej elicie 13 osób w tym 2 zająców i 2 debiutantów, sporo. Swój pierwszy start na królewskim dystansie mieli zaliczyć Tomek Grycko i Kamil Karbowiak, czyli goście którzy na dychę w tym roku pobiegli ode mnie dużo szybciej. Lekki stresik pojawił się dopiero w dniu startu. Nie był to jakiś paraliż, ale czułem, że czeka mnie coś większego niż jakiś bieg na dyszkę pod Warszawą. To i tak było nic w porównaniu z Kamilą, ona stresowała sie już chyba od dwóch tygodni i chyba 3 razy bardziej niż ja. Na pewno dużo bardziej niż przed swoimi startami 🙂 Na rozgrzewkę ruszyłem jako jeden z ostatnich, koło 45-50minut przed startem. Z rana było chłodno, ale prawie bezwietrznie i slonecznie. Ideał, żeby tylko za bardzo się nie ociepliło. Zmiana butów i koszulki, przedstawienie czołówki odliczanie i …

Start

Ruszyłem z pierwszej linii, wiedziałem, że czołówka leci na rekord trasy, dwaj Polacy po ok. 3:10, ja planowałem po 3:12. Czyli 16 minut każda piątka, 2:15 na mecie. Biegacze z Afryki ruszyli do przodu, Polacy lekko za nimi, ja jeszcze kawałek dalej. Na początku w moich okolicach biegł jeden z Kenijczyków, pomyślałem, że może będę jednak miał z kim biec. Spytałem w jakim tempie chce biec, powiedział, że po 3:06 i wskazał ręką na czołówkę, a za chwile biegł już za mną 🙂 Mijałem kolejne kilometry równo po 3:11-12 zarówno według GPS jak i oznaczeń organizatora czyli lekko poniżej 16 minut. Ostatecznie na piątce miałem lekko wolniej 16:05, ale podejrzewam, że kilometry nie były precyzyjnie oznaczone. Cały czas miałem kilkadziesiąt metrów przed sobą polską dwójkę debiutantów. I widać było, że to debiutanci, bo chłopaki zamiast lecieć najkrótszą drogą, czasem obiegali zakręty po zewnętrznej. Nie miałem nic przeciwko, nadrabiali niepotrzebnie dystans. Do ok. 17km nic się nie działo, kilometry mijały w miare równo, czasem z górki lekko szybciej.

Coś się zaczyna dziać

Na jednej z długich prostych wyrosła górka, do której powoli się zbliżaliśmy. Pomyślałem, że to będzie pierwsza weryfikacja formy. Nie pomyliłem się, na zakręcie za podbiegiem zauważyłem, jakby jeden z biegnącej przede mną dwójki lekko puszczał. Kiedy dobiegłem do wspomnianego zakrętu strata się powiększyła. Tomek przechodził kryzys, a ja zamierzałem to wykorzystać. Mimo, że ja również trochę poczułem w nogach górkę, miałem pierwszą osobe do dogonienia. Długi zbieg do Malty i mijaliśmy połówkę. 1:07:37, lekko powyżej założeń, ale dobrze. Kooordynator elity pan Zbyszek Nadolski powiedział, że z przodu też się przerzedza. Niedługo mieli zejść też zające, więc z czołówki też ludzie będą padać. Ja czułem się w miarę dobrze, ale zacząłem odczuwać ponad 20km w nogach. Wiedziałem też, że za Maltą czeka mnie podbieg. Pojawiła się Kamila, która powiedziała, że wyglądam dobrze, a chłopaki przede mną cierpią (jak się później przyznała wyglądałem tam chyba gorzej niż na mecie, ale chciała mnie zmobilizować). Koło 25km miałem Tomka na wyciągnięcie ręki. On odwrócił się i za chwilę zszedł z trasy. Podobno łapały go skurcze. Na szczęście lekko zbliżyłem się do Kamila, miałem kolejną osobe do dogonienia.

Pierwszy kryzys

Moją euforię ostudził trochę kolejny podbieg. Wymęczyłem go z kilometrem ponad 3:20 i przeciętnym samopoczuciem. Pojawiła się też lekka kolka i ogólnie poczułem jakiś spięty brzuch. Koło 27km postanowiłem wciągnąć Nospę (na każdy maraton mam przyklejone 3 sztuki pod numer). Generalnie nie było szału, kolka nie odpuszczała, tempo trochę spadło. Nie wiem czemu, ale stwierdziłem, że nie ma już sensu walczyć o 2:15 tylko walczyć o jak najlepsze miejsce. I to był chyba najgorszy błąd na tym maratonie, który podsunęła mi głowa. Bo pewnie 2:16 bym nie złamał, ale może pół minuty byłbym w stanie urwać, jakby ta myśl nie przeszła mi przez głowę. Dobrze, że coraz bliżej miałem do drugiego z Polaków, bo bez rywali przed sobą mógłbym skończyć dużo wolniej. Dogoniłem go przed 30km i trzymając tempo od razu się urwałem. Pomyślałem, że mam z nim spokój, jak się odpada po 30km to raczej ciężko się pozbierać. W międzyczasie minąłem kilku słabnących zawodników z Afryki i na długiej prostej obrałem sobie kolejnego, którego zamierzałem wkrótce dogonić.

Mobilizacja wzrosła, zaczeło się lepiej biec, ale nie na długo. Jakiś kilometr po wyrzedzeniu Kamila usłyszałem kroki. Jednak myliłem się, po trzydziestce kryzys potrafi minąć. Teoretycznie powinienem się cieszyć, że w końcu będę miał z kim biec, ale ta sytuacja jakoś mnie ścięła. Nie pomagał widok dwóch nadciągających podbiegów, które były omawiane na odprawie jako niezbyt łatwe. Znów poczułem, że robi się ciężko. Biegliśmy we dwóch, czasem obok siebie, czasem chowałem się z tyłu. Męczyłem, tempo znów nie było najwyższe, lecieliśmy po ok. 3.15-20 z pojedynczymi szybszymi kilometrami bliżej 3.12.

Punkty z napojami

Dobiegaliśmy do 35km i punktu z piciem. Kamil biegł przede mną, żeby zabrać swój bidon, prawie stanął w miejscu, ja chwyciłem swoje picie i bez żadnego przyspieszania znalazłem się kilka metrów przed nim. Pomyślałem, że warto będzie tą sytuację wykorzystać za 5km. Mijaliśmy kolejne kilometry mijając po drodze kolejnego zawodnika. Na 38km czekał punkt z wodą, z którego nie zamierzałem korzystać. Biegliśmy prawą stroną ulicy, a punkt był po lewej, dodatkowo zaraz mieliśmy skręcić w prawo. Kamil tuż przed punktem ostro skręcił w lewo w kierunku stolika, a ja postanowiłem go trochę sprawdzić. Nie dość, że zyskałem trochę dystansu, bo musiał dobiec po wodę, dodatkowo nie radził sobie wybitnie na punktach to ja lekko przyspieszyłem urywając się na kilkanaście metrów. Mój rywal musiał trochę mocniej przyspieszyć, żeby mnie dogonić co w zaawansowanej części dytansu miało niemałe znaczenie. Biegliśmy znowu razem zbliżając się do 40km. Od kilku kilometrów czułem się nieźle w miarę kontrolując sytuację, ale jakoś nie miałem odwagi ruszyć, planowałem 36km, 38km, ale ciągle czekałem.

Finisz

Na ostatnim punkcie 2km przed metą miałem przygotowany izotonik. Nie było jakoś mocno upalnie (chociaż po biegu słyszałem od wielu biegaczy, że kilkadziesiąt minut później temperatura zaczeła przeszkadzać), więc postanowiłem nie korzystać z picia. Poczekałem, aż Kamil skręci po swój napój i ruszyłem. Tym razem nie lekko, zależało mi na zrobieniu od razu sporej przewagi, żeby nikt nie wpadł na pomysł, żeby mnie gonić 🙂 Uzyskałem od razu kiludziesięciometrową przewagę. Wprawdzie poczułem to mocno w nogach, ale zostały niecałe 2 kilometry, nie zamierzałem już odpuścić. Ostatnie 2.195 km pokonałem w 7:00, jak do tej pory najszybciej spośród moich wszystkich maratonów. 2:17:06 na mecie. Byłem zmęczony, ale nie sponiewierany. Czułem ulgę, że się udało. Nie ma szału jeśli chodzi o czas, miało być 2 minuty szybciej, ale jest dobrze. 5 miejsce, 1 wśród Polaków, ponad 5 minut szybciej od ostatniego startu. Coś się w końcu ruszyło, a ja dzięki temu mocno w siebie uwierzyłem. Wiem, że jeszcze sporo do roboty, ale jestem na dobrej drodze, żeby postraszyć najlepszych maratończyków w Polsce.

 

Ps. Wspominałem jakiś czas temu, że strój startowy z kolekcji, którą tworzyłem z Adrunaline daje 10% do wytrzymałości. Miałem rację 🙂 Ciągle możecie go znaleźć w sprzedaży/

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o