Orlen Warsaw Marathon 2018

Emil Dobrowolski po Orlen Warsaw Marathon

Chciałoby się powiedzieć “A miało być tak pięknie”. Orlen Warsaw Marathon miał być moim powrotem do czołówki maratońkiej, miało być 3 w 1 – życiówka, minimum na Mistrzostwa Europy i medal. Nie wyszło, mimo, że ostatnie 2 tygodnie zapowiadały się naprawdę dobrze. Noga zaczynała się kręcić w odpowiednim momencie, było załatwione prowadzenie. Zakończyło się porażką. 2:20 z haczykiem to wynik poniżej moich oczekiwań.

Dzień startu

Wstałem rano, zjadłem, dopakowałem resztę rzeczy i ruszyłem w stronę Narodowego. Dobry humor, wszystko załatwione, trzeba było się tylko rozgrzać, pobiec  za zającem i utrzymać tempo do mety. Piękne słońce, zapowiadała się świetna pogoda, niestety tylko na spacer 🙂 Trochę zaczynało wiać, ale nie było tragedii. Rozgrzewka, odśpiewanie hymnu i start.

Pierwszy kilometr to odnalezienie swojej grupki i złapanie rytmu.  A to nie było łatwe bo zaczęliśmy 3:13, 3:04, 3:11… Ogólnie pierwsza piątka trochę za wolno. Leciałem w drugiej grupie z Mariuszem Giżyńskim, Kamilem Jastrzębskim, Białorusinem i dwoma zającami (pierwszą piątke podłączył się też Jacek Wichowski). Lepiej trochę wolniej się dogrzać niż za szybko, poza tym przyda się trochę sił na szósty kilometr, gdzie był podbieg pod ulicę Boleść. Swoją drogą ktoś kto nazywał tą ulicę musiał biegać, bo tu zaczeły się pierwsze boleści 🙂 Mimo tego kilometra w 3:15 mocny podbieg dał się we znaki. Poczułem go w nogach i postanowiłem lekko puścić grupę. Wszystko pod kontrolą i po kilkuset metrach skleiłem zająców. Kamil został. Teraz będzie już tylko płasko i z górki, będzie dobrze.

Druga piątka jak trzeba, po 3:09, bez większej historii. Cały czas widzieliśmy pierwszą grupę, która trzecią piątkę zaczęła zwalniać. Prowadzący naszą grupkę trochę się podpalili i zaczęli przyspieszać. Zbliżyliśmy się do liderów, niby spoko, będę biegł z nimi ale z drugiej strony czułem, że robi się szybko. Jeden kilometr lekko złamaliśmy 3:00, piątka po 3:05. Za szybko! Białorusin został. Trochę wstrzymaliśmy zająców, niestety okazało się dla mnie, że za późno. Kolejna piątka znów w po 3:09, ale mi zaczęło być ciężko. Już przed połówką, a to nie wróżyło nic dobrego. połówka w 1:06:27, przed biegiem powiedziałbym, że idealnie, ale ja już byłem 2-3 sekundy za grupą.

Druga połówka

Nie było sensu trzymać na siłę, mogłoby to jeszcze gorzej odbić się na drugiej połowie biegu. Postanowiłem złapać swoje tempo, trzymać w zasięgu wzroku Giżę i liczyłem jeszcze, że kryzys minie. Po kilometrze faktycznie trochę odpuściło, zacząłem biec w założonym tempie. Teraz tylko odrobić kilkudziesięciometrową stratę, będzie łatwiej. Przed 25km promyk nadziei zgasł zdmuchnięty porywistym wiatrem w twarz. Stanąłem. Podmuchy z różnych stron skutecznie zniechęcały do biegania. Znów wróciły myśli, żeby zejść. Nie próbujcie nigdy. Też kiedyś mówiłem, że jak to można nie ukończyć biegu. Później jak spróbowałem to weszło w głowę i wracało w chwilach słabości. Już za dużo razy schodziłem, tym razem najwyżej na pieszo dojdę. Nogi jak kamienie, głowa chciała biec, energetycznie w miarę dobrze, oddechowo spoko. Ale przyspieszyć się nie da. Co się dzieje?

Na szczęście nie tylko ja miałem problemy. Zobaczyłem słabnącego Arka Gardzielewskiego, nawet trochę zacząłem się do niego zbliżać. Znów wyścig żółwi jak ostatnio w Poznaniu, niektóre kilometry powyżej 3:30. Kilka kilometrów dalej Arek zaczął znów odjeżdżać. Znów lekka załamka, ale niedługo zobaczyłem maszerującego Artura Kozłowskiego. Wszyscy cierpią, byłem czwarty, trzeba lecieć może jeszcze ktoś padnie. Po 30km było mi już wszystko jedno. Nie patrzyłem się za siebie, nie widziałem nikogo z przodu. Byle do mety. Koło 35km ktoś krzyknął, że goni mnie Kamil. Niech leci pomyślałem, jakby mnie dogonił, to nie wiem czy bym wykrzesał jakieś siły na odparcie ataku. Czterdziesty kilometr, zerknąłem na zegarek, krótka kalkulacja. Jak trochę się zbiorę połamię 2:20. Gówniany cel, ale zawsze coś. Trochę się poderwałem i faktycznie przyspieszyłem. Z 3:40 na 3:20. Ostatecznie zabrakło kilka sekund. Z 2:19 też bym się nie cieszył, ale wyglądałoby to trochę bardziej przywoicie.

Za metą

Nie było takiej bomby jak zwykle. Nogi bolały, ale energetycznie ok. Za chwilę się przebrałem, ogarnąłem i pojechałem na kontrolę antydopingową. Nie tak jak w 2016 kiedy przez pół godziny nie mogłem się ubrać, miałem drgawki i nie ogarniałem co się dzieje dookoła. Można narzekać na pogodę, górkę na szóstym, ale coś było nie tak z moim przygotowaniem. Nie pobiegłbym tych 2:14 nawet w dobrych warunkach. Nie uważam też, że nie byłem w formie. Może nie życiowej, ale było dobrze. Chciałem nawet to pokazać tydzień później na 10000m na stadionie, ale rozchorowałem się i po duszeniu się kaszlem w podróży skończyłem w 30:28. Wynik nienajgorszy, ale na pewno stać mnie na więcej. I dowiecei się o tym już wkrótce 🙂

Dziękuję jak zwykle wszystkim, którzy wspierali mnie w przygotowaniach. Rodzinie, kibicom, znajomym, sponsorom (szczególnie Loyalty Point) i tym którzy bezpośrednio działali nad otoczką przygotowań. Może szału nie było, ale zawsze to krok do przodu od zeszłego roku. Teraz czas przeanalizować błędy i działać dalej, sezon jeszcze trwa ponad pół roku.

 

fot. Running Creatives